Patrzy przez okno dzień chory, trupio nabrzękły i siny.

Po korytarzu szpitalnym wolno przechodzą godziny.


Szaro. I cicho. I pusto. Nie ma radości ni smutku.

Chmury się snują po niebie, jak chorzy w ciasnym ogródku.


Palce, jak martwe pająki, nad czymś się trudzą, mozolą.

W szklanym wazonie powiędły kwiaty pachnące karbolem.


Myśli, jak muchy jesienne, łażą, czepiają się sprzętów,

po raz ostatni skrzydłami biją o okna zamknięte.


Ktoś się zaczaił pod drzwiami. Ktoś podsłuchuje i czeka.

Cicho, na palcach podchodzą - śmierć, zakonnica i lekarz.


Nie wiedziałem, że jesteś Cyganką,
no bo skąd? -
szare ubranko,
włosy blond

Ale ty wróżysz z ręki,
że będzie źle
i że pójdę na męki,
pijane dziecko we mgle.


Okazało się, że w ręku cekiny
i brudna talia kart,
że wcale nie jestem winny,
tylko niewiele wart.

I odeszłaś z zielonymi oczami,
paląc papierosy....
Będę myślał czasami,
jak kręcisz włosy.