Ten walet schnie z miłości, a ty go dręczysz wzgardą,
dwa serca wyrwał z piersi i przekuł halabardą.

Żołędny król go wezwał. W karecie z dzwonków pędzi.
Ach!... Czeka go w podróży nieszczęście od żołędzi.

Już wjechać ma w dąbrowę, a jeszcze się ogląda,
on nie wie, że przy tobie dzwonkowy, jasny blondyn.

Nie ufaj blondynowi, choć list czerwienny wyśle,
spal złoty włos nad świecą, a poznasz jego myśli.

On brzęczy dzwonnym złotem, do ucha pięknie szepce,
uśmiecha się do ciebie, a serce dał brunetce.

Brunetka jest zazdrosna i ciebie źle wspomina.
Wystrzegaj się tej damy. Ach, nie pij tego wina!

To wino jest zatrute miłosnej łzy diamentem,
z dziesięciu serc czerwiennych okrutnie wyciśnięte.

Pijany czarnym winem, twój walet w snach się błąka,
z rozpaczą szuka serce - w żołędziach, w winie, w dzwonkach.


Nad cichą, błękitną wodą 

niebo błękitne i ciche.

Zaszumiało zielono, młodo,

powiał niebem zielony wicher!



Gdzieżeś, szalony, zielony,

nad jakimi wiejesz polami?

jeszcze w rosach kaliny i klony,

jeszcze oczy zalane łzami.



Zaszumiało błękitną pogodą

promieniami złocone powietrze,

w tę dalekość zielono, młodo

powiej, serce, powiej, mój wietrze!



Powiej szumem szalonym, zielonym,

spłyń radości złocistą ulewą!

Zielonym kalinom i klonom,

tobie i sobie śpiewam.