CIENIE

Nocni przechodnie, cisi, zamyśleni, czarni

chwieją wysmukłe cienie w refleksach latarni


Cienie pełzną, nie mogą odczepić się od nich,

przełażą przez sztachety, padają na chodnik.



Małe, śmieszne, po twarzach deptane obcasem,

wielkie, straszne, na szczudłach sążniaste dryblasy.


Podnoszą kapelusze na zjeżonych włosach,

lękają się zapałki, blasku papierosa.


Nad brzegiem czarna rampa zgina sie i łamie.

Szalone!- skaczą w wodę do góry nogami.


Znikły!... Przemija rzeka... Powiewy... milczenie...

Nocni przechodnie bledną...- jak cienie, jak cienie.


Nie zrozumiem nigdy, nie nazwę
żadnej rzeczy z daleka ni z bliska.
Rozdeptałem słowa na miazgę,
okrwawiłem sercem i ciskam.

Nie wypowiem nic, nie wyśpiewam,
ani nocy, ni gwiazd nie zliczę.
Opętany bólem i gniewem,
gniewem płonę i bólem krzyczę.

Wiem, że nigdy poznać nie zdołam,
jaka moc mnie usidla i dręczy,
torturuje słonecznym kołem
i zakuwa obręczą tęczy.

Trzeba wyrwać się, trzeba odejść,
trzeba biec, uchodzić przed klęską !
Jak odnaleźć radość i młodość,
gdzież jest miłość, miłość zwycięska?